Dziękuję!

W ostatnim tekście obiecałem, że kolejny poświęcę tym, którzy nie mogli w czasie narodowej kwarantanny pozostać w domach. Jak wiadomo, słowo droższe jest od pieniędzy, zatem jestem. Minęło sporo czasu od ostatniego materiału, zdaję sobie z tego sprawę. W tym czasie w moim życiu sporo się zmieniło, o czym z pewnością opowiem w kolejnych tekstach, dlatego też zostańcie ze mną i rozsiądźcie się wygodnie. Jeśli macie ciasteczko (a mam ochotę na ciasteczka), to smacznego! Kawki też bym się w sumie napił, więc i wam polecam pociągać co jakiś czas łyczek życiodajnego (po ciężkiej nocy) napoju.

Więc, mamy koniec maja. Od ostatniego materiału obostrzenia i sytuacja epidemiczna w Polsce tak się zmieniły, że gdyby ktoś się focusował tylko na moim blogu, to miałby w głowie dużą dziurę informacyjną. Nie będę Wam tego streszczał, bo nie jest to istotą tej strony – to nie jest newsroom dziennikarski, a zbiór osobistych opinii. Walka cały czas trwa i choć Rząd podejmuje działania poluźniające gospodarkę, to nie ma się co łudzić – kolorowo nie jest. Obostrzenia są luzowane, bo nie można trzymać ludzi w domu wieczność, biznesu nie da się zamrozić i żyć z niego jednocześnie, nie da się lock-downować RP na zawsze z powodu wirusa. Trzeba więc podjąć działania, zatem rozumiem, choć sam bardzo ostrożnie i przezornie podchodzę do tematu – rzadko wychodzę z domu, przeniosłem się na wieś, noszę maseczkę, rękawiczki, płyn do dezynfekcji zawsze przy sobie.

Przywykliśmy?

Polska odsłona pandemii trwa od marca, zatem minęło już sporo czasu od usytuowania nas w nowej rzeczywistości. Na początku, jak to zawsze ze zmianami, było ciężko. Zaobserwowałem jednak, że w miarę upływu czasu oswoiliśmy się z wirusem i jego obecnością wśród nas. Dostosowaliśmy się (trochę z przymusu) do nowej sytuacji i powoli zaczęliśmy funkcjonować tak, jak powiedziano nam w rozporządzeniach. Oczywiście, z dala słychać było w naszych głowach odgłosy westchnienia i jęki zawodu, ale przez zaciśnięte zęby musieliśmy sobie jakoś radzić.

Maseczki były dla nas czymś niespotykanym – na początku nawet trochę bawiło (a niektórych oburzało) nas zmuszanie do ich używania w przestrzeni publicznej – przecież, jak to mawiał MZ, p. Szumowski „Maseczki nie działają” (parafrazuję cytat). Dni, tygodnie, miesiące minęły, a dla nas stało się to normalne, jakbyśmy nauczyli się tej nowej rzeczywistości i traktowali ją jako must-have. Czy to dobrze? Nie wiem, ciężko mi ocenić, niesmak i obawa nadal gdzieś we mnie siedzą. Czas pokaże jak bardzo odcisnęło się to na naszym życiu.

Oni musieli…

Tak – lekarze, pielęgniarki, ratownicy, laboranci, żołnierze, policjanci, strażacy i wszyscy inni pracownicy, którzy nie mogli wykonywać swojej pracy zdalnie musieli być tam, gdzie potrzebna była ich pomoc. To smutne, że zazwyczaj nie doceniamy tych, którzy w obecnych czasach narażają nierzadko własne życie dla ratowania innych. Wiele przykrości spotkało medyków, którym zaklejano zamki w drzwiach, pisano obelżywe sąsiedzkie notatki na klatkach schodowych czy komentarze w social mediach. Oni też mają rodziny, dzieci, mężów, żony, ale jednak poszli na pierwszą linię frontu po to, by pomóc. Jakim kosztem? To można zaobserwować. Sam pracowałem w korporacji, która zatrudnia kilkaset osób i pracownicy przez długi czas, jeszcze na początku pandemii nie mogli pozwolić sobie na zdalne wykonywanie zadań. Dopiero później (wedle moich informacji) wprowadzono możliwość wykonywania obowiązków w ramach home-office’ów. Wiem, że niektórym było ciężko, bali się o bezpieczeństwo swoje i najbliższych, wiem, że kiedy ktoś trafiał na kwarantannę serce zabiło mocniej – wcale się temu nie dziwię. Dziś, w czasie, kiedy obostrzenia są zdejmowane, powoli zaczynamy wracać do normalności (choć ciężko nazwać normalnością to, z czym się stykamy) wypada powiedzieć jedno – dziękuję. Za poświęcenie, trud, narażanie swojego zdrowia, życia, bezpieczeństwa. Dziękuję, szczerze i od serca. Przepraszam za to, co złego spotkało wszystkich tych, którzy nie mogli pozwolić sobie na „koronawakacje”. W imieniu wszystkich tych, którzy tego nie rozumieją, bo mają klapki na oczach, kieruje nimi zawiść i strach, który tak paraliżuje, że sami nie wiedzą co mówią. Mam nadzieję, że wszysto u was dobrze i trzymam kciuki, by tak było. Wierzę, że przyjdzie czas, kiedy będziecie mogli odetchnąć z ulgą, a razem z Wami odetchniemy też my – często psioczący i narzekający.

Nie chcę pisać laboratów. Chcę, by treść była prosta i łatwa do skonsumowania. Po zapoznaniu się z tym tekstem chciałbym prosić Cię o jedno, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko – zanim powiesz, pomyśl, zastanów się. Nie oceniaj wszystkiego tylko na podstawie strachu, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. Przecież Tobie też może być potrzebna kiedyś pomoc, prawda? Żyjemy w emocjach takich, jakie sami wrzucamy w obieg. Obieg charakteryzuje się tym, że prędzej czy później to do nas wróci. W jakiej formie? Oby w lepszej i tego sobie i Tobie życzę. Miłego dnia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *