Mama

Mama, mamusia, matula – określeń służących opisywaniu własnej rodzicielki słyszałem wiele. Każde z nich ma swoje znaczenie, które, choć czasem bardziej skryte, ma na celu wyrażenie pewnych uczuć. Zgodnie z ostatnią obietnicą, chciałbym dziś opowiedzieć Ci o mojej mamie. Z racji na fakt, że może też ją znasz, dostrzeżesz inne cechy jej osobowości, jednak to, co piszę, piszę z perspektywy dziecka, którym będę zawsze… przynajmniej dla swojej mamy. Ten tekst nie ma jasnej i spójnej struktury. Skaczę w nim po wątkach prawie tak, jak jeden z polskich, wybitnych Reżyserów w swoich produkcjach.

Chciałbym z tego miejsca pozdrowić moją kochaną kuzynkę Edytę, która ostatnio przypomniała mi o konieczności napisania tego tekstu. Co prawda miałem go w notatniku, ale stwierdziłem, że napiszę go od nowa – taki kaprys. Pozdrawiam Cię zatem, Edziu (napisałem to specjalnie, wiem, że nie lubisz tego określenia). 

Nie jestem maminsynkiem. Przynajmniej tak sądzę. Od zawsze mam w sobie raczej opór względem nadmiernej opieki czy nadgorliwości, jednak nie ukrywam, że czasem korzystam z nadopiekuńczości mojej mamy. Jest ona wspaniałą osobą, która o ciepło domowego ogniska dba tak, że każda inna kobieta mogłaby się od niej wiele nauczyć. Skromna, raczej cicha i uśmiechnięta. Taka jest moja mama. Wbrew okolicznościom, nie jest ponurakiem. Bardziej płaczkiem. Jest emocjonalna i ma miękkie serce. Uroniła przeze mnie wiele łez, nie da się ukryć. Kiedy poziom mojego wyszczekania wzrósł na tyle, by móc komuś dogryźć, to pierwszą moją „ofiarą” była właśnie ona.

Nie da się ukryć, że mam niewyparzony jęzor. Czasem coś powiem, dorzucę soczystą „kurwę” do tego, uniosę głos lub dość ostentacyjnie wyrażę swoje zdanie w jakimś temacie. Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie mam łatwego charakteru. Mnie się albo lubi albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy. Ona jednak odnalazła w sobie coś dodatkowego, czym jest bezgraniczna miłość i to jest właśnie bardzo imponujące. Mimo wielu przykrych słów, które powiedziałem, nadal potrafi wiercić mi dziurę w brzuchu o jakieś tematy. Oczywiście… dla mojego dobra. Zaciętość i upór przejęła chyba z nazwiskiem (heheszki).

Nie dorastałem w zamożnej rodzinie. Wszystko, co mam, mam dzięki pomocy rodziców, rodziny, bliskich i swojej pracy. Czy ciężkiej, to nie chcę stwierdzać, bo raczej leń ze mnie jest i zdarza mi się robić coś bardziej kreatywnie po to, by szybciej zamknąć temat. Tak czy siak, mama okazała mi wiele wsparcia.

Czasy mojej „młodości” (bo teraz już jestem stary) pamiętam jak przez mgłę. Jakoś tak uleciało ze łba, jednak to, czym mogę się pochwalić to zaufanie, ciepło i radość, którą otrzymałem od moich rodziców. Tata to temat na odrębny felieton, bo ten gość to dopiero charakter! Czasem odnoszę wrażenie, że mam z nim zbyt wiele wspólnego, ale to przecież mój tato, więc może tak musi być. Cóż, wracając. Moi rodzice to zgrana para – mama zawsze wszystko logistycznie ogarniała i ogarnia do teraz. Wszystko od „A” do „Z” miała w głowie. Nadal ma. Trochę się ze mną najeździła po lekarzach i szpitalach, sama nie do końca panuje nad swoim zdrowiem, ale wiedzę ma taką, że na jakiś medyczny Uniwerek mogliby ją przyjąć w charakterze Wykładowcy. Te leki o tej godzinie, te o tamtej. Pranie zrobione, podłogi wymyte, koszule wyprasowane, śniadanie zrobione, obiad gotowy, kolacja na miejscu. Herbatka jedna, druga, trzecia, dziesiąta.  Praktycznie wszystko pod nosem. Fajnie, co? To właśnie o tym mówiłem pod kątem korzystania z nadopiekuńczości mojej mamy. Myślę, że bez niej mój tata zaginąłby między półką ze swoimi koszulami i bielizną. Poważnie.

Halinko, gdzie moje spodnie? Halinko, gdzie moje koszule? Gdzie mój sweter? Takie pytania można usłyszeć przebywając w moim rodzinnym domu. A Halinka wszystko wie. Tu, tam, siam – rachu ciachu i wszystko się znajduje. To jest skill, którego moja żona chyba się od niej nauczyła… Albo może to ja jestem zbyt podobny do taty? Muszę się nad tym kiedyś zastanowić.

Moja mama, jak już wspomniałem, jest płaczkiem. Nie mam tutaj na myśli nic złego (żeby nie było). Nie będę pisał złych rzeczy, bo do mnie zadzwoni i będzie krzyczeć, a ja nie mam czasu na krzyki. Tak poważnie, nie będę pisał złych rzeczy, bo po prostu ich nie dostrzegam. Jestem tak bardzo związany emocjonalnie z moją mamą, że po prostu wypaczyło mi to możliwość dostrzegania w niej negatywnych struktur. Co do płaczkowania, to na romantycznych filmach ryczy jak bóbr, kiedy ktoś umiera – wylewa morze łez, kiedy ktoś sprawi jej przykrość – przejmuje się tym niezmiernie. Tego typu cechy odziedziczyłem po niej, bo ja w wielu życiowych sytuacjach zachowuję się analogicznie. Niestety muszę się przyznać, że i ja jestem przyczyną wielu łez. Napisałem to wcześniej. Wstyd i żenada, co poradzić. Niepokorne bydle ze mnie. Staram się jednak poprawić i zadośćuczynię! Kiedyś może się uda…

Martwi się o wszystkich… No może poza sobą. Wszyscy są ważni, ale ona nie. Bo po co? Ostatnio ogarnęła temat swojego zdrowia dopiero wtedy, kiedy użyłem pewnych instrumentów nacisku. Opłacało się, więc nie mam w związku z tym wyrzutów sumienia. Zły ja.

Pamiętam takie zdjęcie, na którym moja mama trzyma zmiotkę i ma rozwichrzone włosy. Tata się śmiał, że tak wyglądają czarownice, ale jeśli faktycznie tak jest, to przedstawiane są one w złym świetle. Przecież ta czarownica to najlepsza czarownica jaką znam! Mimo lekkiego nieogara czasami, jest fajnym ziomkiem, co trzeba wyraźnie podkreślić. Jest młodzieżowa, cool, ma nawet iPhone i ogarnia internety! Ogląda sobie na nich jakieś arabskie telenowele… bez lektora. Co ciekawe, mówi, że wszystko rozumie! Nie wiem skąd, bo ja o żadnych naszych arabskich korzeniach nigdy nie słyszałem.

Mam jeden zarzut… Kiedy urodzili się moi bracia, chciałem wymienić ich na samochód położnej, która do nas przyjeżdżała. Mama się nie zgodziła… Był to dla mnie cios, bo przecież miała fajną furę… Bracia zostali, fury położnej nie ma do dziś… Dobrze, że przynajmniej wyrastają na dobrych ludzi.

Co do delikatności mojej mamy, to jest to chyba cecha dziedziczna w żeńskiej linii rodziny. Moja chrzestna, a prywatnie siostra mojej mamy zachowuje się pod kątem płaczkowania tak samo, jak Halinka mamulinka. Z biegiem czasu dostrzegam, że są do siebie baaaardzo podobne, na wzór ich mamy, a mojej kochanej babci, o której już tutaj kiedyś wspominałem. Obie przejmują się wieloma sprawami, ale obie też zaniedbują siebie…. Apeluję więc: proszę zadbać o swoje zdrowie, bo inaczej… będę zły, a tego z pewnością nie chcecie.

Pracowita jest, nie ma co. W pole pójdzie. Co prawda chomąto nie pozwoli sobie założyć, ale jak to babka ze wsi ogarnie wszystko, a potem jeszcze okna umyje. Mój tata to prawdziwy szczęściarz.

Wiem, że ten tekst nie ma logicznie ułożonej struktury. W zasadzie, to nie powinienem tego jako autor tłumaczyć, bo przecież taki sobie wybrałem schemat, ale wolę o tym napomknąć. Głównie dlatego, że tekst ten dotrze do wielu członków mojej rodziny i chciałbym, by każdy poprawnie go zrozumiał.

Gdybym miał podsumować moją mamę jednym słowem, to powiedziałbym jej po prostu: dziękuję! Za setki nieprzespanych godzin, za pomoc, za opiekę, za miłość, radość i nadzieję. Za wszystko. Dbaj o siebie, mamo, teraz już musisz, bo wiesz, że jak nie, to opiszę Cię w internecie i sąsiedzi to zobaczą. Aha, jeszcze jedno, pozdrawiam Panią Marzenkę, która podczas jednej z moich wizyt w rodzinnym domu uświadomiła mi, że mama o siebie nie dba i trzeba się za to wziąć, bo jestem do tyłu z informacjami. Pani Marzenko, dzięki Pani teraz wszystko wiem, także kłaniam się nisko i odrobię to kiedyś w polu!

Buziaki dla wszystkich, a w szczególności dla mamy. Pozdrawiam cieplutko i życzę wszystkiego dobrego w 2021 roku. Pewnie dopiero wtedy pojawi się kolejny materiał, ale przecież poczekacie. Nie macie wyjścia… 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *