Rób co chcesz

Wena do pisania treści na bloga jest u mnie tak rzadka, że można bez problemu nazwać istnienie tej strony słomianym zapałem. Muszę Ci jednak powiedzieć, że nie czuję się z tym źle – wręcz przeciwnie. Czuję, że mogę robić co chcę i kiedy chcę. Zupełnie tak, jak planowałem. Ten blog to dla mnie odskocznia, miejsce, w którym mogę się zatopić wtedy, gdy mam na to ochotę. To taka moja kraina zamyślenia i zadumy. Robię to dla siebie, tak więc mam nadzieję, że nie jesteś zły na to, że mnie tak długo nie było, prawda? Nie no, żartuję, nawet, gdybyś był zły, to lekko mówiąc, nie jest mi przykro. Mówię do Ciebie na “Ty”, ponieważ traktuję Cię bezpłciowo – w formie czytelnika. 

Bezosobowość w tekstach to coś, co dodaje im swego rodzaju animuszu. Podobnie, jak wyrzucanie z siebie tych emocji, których nie można wypuścić nigdzie indziej. Ze mną wielokrotnie bywa tak, że nie jestem w stanie pewnych rzeczy opowiedzieć inaczej, jak tylko w formie tekstu na blog, który jest pamiętnikiem bez określonej częstotliwości. Jest podróżą, w którą sam często się udaję, przeglądając pierwsze wpisy. Nostalgia i jakaś zaduma nachodzą mnie, gdy widzę niektóre teksty ze swojej strony. Tak chyba właśnie powinno być i to jest magia internetu: możesz wrócić w każdej chwili, w każdym momencie do czegoś, co wklepałeś do sieci rok, dwa, trzy lata temu. No ale, dosyć filozoficznego marudzenia, o czym to ja właściwie dziś… A! No właśnie, już wiem.

Nie bez kozery napisałem na początku “mogę robić co chcę i kiedy chcę”. Te słowa połączone z “czuciem” to temat, który chciałbym dziś poruszyć. Zastanawiałeś się, drogi czytelniku, czy czujesz, że możesz robić co i kiedy chcesz? Tak poważnie. Jeśli nie, pomyśl o tym przez chwilę i odpowiedz na moje pytanie. Brzmienie tego tekstu może właściwie zalatywać mową motywacyjną jakiegoś hiper-kołcza, jednak totalnie nie w planie mi namawianie kogokolwiek do swoich przekonań. Wyrzucam coś z siebie, a jeśli ktoś się z tym zgadza i coś sobie uświadamia – spoko. Jeśli nie – spoko. Ogólnie – spoko. Nie lubię, gdy ktoś narzuca mi własne zdanie; od zawsze chodzę własnymi drogami. Kiedy byłem małym chłopcem (hej!), wyuczyłem się sztuki pyskowania do tego stopnia, że kiedy wyobrażam sobie moje dziecko, które tak pyszczy, to aż mi się otwiera w kieszeni nożyk do tapet, którym ostatnio prawie obrąbałem sobie kciuka. Sztuka ta pozostała ze mną po dziś dzień, jednak w trochę innym znaczeniu, niż lat temu kilkanaście. W czasach, gdy na chleb mówiłem “pep”, a na księdza “zorro”, pyskowanie było elementem swoistej frajdy. Teraz, po tych kilku długich latach jasno i prosto robię to, by osiągnąć konkretny cel. Nie powiem, jestem trudnym rozmówcą. Szczególnie, gdy jestem przekonany o swojej racji (nawet, kiedy jej nie mam). Udowodnienie mi błędu to trudna sztuka, bo dyskutować będę zawsze. Akurat moja żona opanowała mój charakter do perfekcji tak, że w sumie nie wiem momentami, co mam odpowiedzieć, bo jakoś tak mnie zapycha w kozi róg i dalsze dyskutowanie to zapętlanie i tak zdartej już przeze mnie płyty. Skubana nauczyła się jak mnie podejść, a ja dalej z tym walczę. Szansa na powodzenie to pół na pół, zawsze są dwa uda – albo się uda, albo się nie uda. Całkowicie szczerze powiem Ci, że spoglądanie po latach na to, co działo się w przeszłości (oczywiście w kontekście swojego charakteru i podjętych decyzji) to dobra praktyka. Wspomnienia mogą być bolesne, jasna sprawa, jednak na przestrzeni lat widzimy, czy to, co zrobiliśmy ze swoim życiem (i pieniędzmi z komunii) było dobre, czy jednak poszliśmy w złym kierunku. Dam Ci przykład.

W Szkole Podstawowej w Ś.W (kto ma wiedzieć, ten wie), gdzie się uczyłem, wielu było gagatków, których chętnie wymieniłbym z nazwiska. Nie dlatego, że byli tacy świetni. Dlatego, że byli totalnymi “pajacami”. W ich mniemaniu to ja byłem słaby, dlatego łatwo było mnie upokorzyć, opluć, zwyzywać, doprowadzić do płaczu czy smutku. Wtedy nie wiedziałem jak sobie z tym radzić. Po latach wiem jedno – spotykając któregokolwiek z nich na ulicy chętnie bym im się szczerze wyszczerzył w twarz. Tak po prostu, dla zasady, żeby pokazać, że mimo tego jak mnie traktowano – żyję, mam się dobrze, mam wspaniałą rodzinę, kochającą żonę, cudne dziecko, dobrze płatną pracę i samych dobrych ludzi wokół siebie. Zapytałbym też o to, jak tam mija życie. Nie pytałbym, czy ktoś czegoś żałuje, bo zapewne usłyszałbym coś w stylu “ale o co chodzi”, poza tym to przereklamowane i zbyt mocno filmowe. Ten przykład ma na celu tylko jedno – ukazać, że totalnie nie żałuję tego, co przeżyłem, bo dzięki tym doświadczeniom stoję tu, gdzie dziś jestem (choć teraz właściwie siedzę) i wyszedłem z tych lekcji z ostro zapisanym zeszytem. Przemocą niczego nie rozwiążesz – tak słyszałem od bliskich mi osób. Mieli rację i dobrze, że byłem taką miękką kluską, bo gdybym zrobił się takim bufonem jak opisywane przeze mnie gagatki, dziś pewnie siedziałbym pod sklepem z winkiem, które byłoby moim śniadaniem.

Nauka z sytuacji, które dotknęły mnie w życiu jest szeroka, ale sprowadza się do jednego – zawsze robiłem to, co chciałem i chodziłem tymi drogami, które sam sobie wytyczyłem. Nawet, jeśli przejechałem się na swoich wyborach, nawet, jeśli nie byłem pewien, czy robię dobrze, nawet, jeśli żałowałem czegokolwiek – to były moje wybory i to ja poniosłem konsekwencje swoich czynów. Nigdy nie uszczęśliwiaj kogoś na siłę, bo robisz komuś krzywdę. Są i tacy, co potrzebują, by nimi pokierować, ale bycie dyrygentem powoduje, że włada się bardzo niebezpieczną bronią, jaką jest uzależnienie od siebie drugiego człowieka. A każda broń, którą posługujemy się niewłaściwie, prędzej czy później wypali. Nie wiń innych za swoje niepowodzenia… no chyba, że jesteś zdalnie sterowanym robotem, to wtedy możesz, ale zastanów się nad swoim życiem, bo żaden robot nie przewyższył jeszcze człowieka. Na koniec piosenka, która w skrócie oddaje to, o czym dziś pisałem. Cya!

 

2 thoughts on “Rób co chcesz

  1. Może i nasze dzieciństwo nie było jakieś mega łatwe to i tak dobrze je wspominam, wybory na temat tego czy dać komuś w ryło czy przemilczeć w tym naszym gniewnym wieku nie były łatwe oj nie 😀 Ważne w tym było też to że tworzyliśmy zgrana grupkę osób z którymi można było a to postrzelać z karabinu a to pograć w FiFe, czy pojezdzic rowerami po szkole na Orlika 😎 Co z tego że się z nas śmiali, mieliśmy marzenia i próbowaliśmy je zrealizować pomimo przeciwności ^^

    1. W pełni się z Tobą zgadzam. W tym wszystkim, najważniejsza była zgrana ekipa i wspomnienia, których nikt nam nie zabierze. Dzięki temu totalnie nie przejmowałem się tym wszystkim, co mnie spotykało. 🙂 Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *