To niesamowite!

Spojrzałem dzisiaj na bloga i doszedłem do prostego wniosku – wena zazwyczaj pojawia się u mnie na koniec miesiąca. Może nie tyle się pojawia, co po prostu wylewa się ze mnie na przestrzeń internetu. Pomimo takich wniosków, dziś kolejna porcja autorskich przemyśleń, do których przeczytania serdecznie zapraszam. Życzę przy tym smacznej kawusi (rodem z cudownych obrazków, które wielokrotnie otrzymałem na Messengerze). Rozsiądźcie się wygodnie na swoich czterech literach i weźcie głęboki oddech. Nie zapomnijcie jednak oddychać. 😉

Ostatni wpis pojawił się na tej przepięknej stronie przy końcu ubiegłego roku. Twórczo, wydaje mi się, lepiej 2020 roku zakończyć nie mogłem. Wyrzuciłem z siebie szczere słowa, które trafiły do dużej grupy ludzi. Nie to jest jednak najważniejsze. Trafiły one do mojej mamy i bardzo ją wzruszyły. Ja też przypieczętowałem pewien etap swojego życia poprzednim wpisem. Nie wiem, jak to dokładniej opisać, bo emocjonalne i osobiste przeżycia to u mnie temat, który odpowiednio kwitnąc, z czasem wydaje owoc (np. w postaci takiego tekstu, jak ten z 28 grudnia 2020). Przyjmijmy zatem, że z poprzedniego wpisu jestem bardzo zadowolony.

Rok 2021 rozpoczął się dla mnie…. hmm… bardzo dobrze. Zawodowo obrałem inną ścieżkę i postanowiłem postawić na swoim. W życiu prywatnym jednak doznałem takiej karuzeli, że kołuję na niej po dziś dzień i prawdopodobnie kręcić się będę przez jeszcze bardzo długi czas. Dlaczego? Pod koniec stycznia moja cudowna żona, Ola, wydała na świat przystojnego (po tacie) młodzieńca, którego wspólnie nazwaliśmy Krzyś. Pisałem już o tym jakiś czas temu, kto czytał, ten wie, że to było zaplanowane. Z tym wspólnie nazwaliśmy to też tak na wyrost trochę, bo przecież to ja składałem wniosek do USC. Żona tylko się przyglądała. 😉

Cud narodzin faktycznie jest cudem. Nie tylko, choć głównie, ze względu na pojawienie się na świecie małego człowieczka. Bezbronnego, bezsilnego, którym musisz się zająć, zaopiekować, zadbać o niego. Cud narodzin to coś, na co składa się o wiele więcej zdarzeń. To cały ciąg przyczynowo-skutkowy. My, faceci, nie rozumiemy tego. Nie rozumiemy, bo nie musimy rodzić, przez kilkanaście godzin prężyć się na sali porodowej i drzeć do utraty tchu. My, faceci, zazwyczaj podchodzimy do tego naturalnie – skoro natura to tak zaprogramowała, to tak musi być. Żeby nie było, nie chcę generalizować i nie twierdzę, że wszyscy faceci to bezduszne świnie – po prostu na podstawie obserwacji wiem, że poród zazwyczaj faceci przyjmują ze wzruszeniem ramionami „bo tak musi być”. Sam do pewnego momentu twierdziłem, że to proste, że skoro „weszło, to musi wyjść”. Dopiero, gdy doświadczyła tego moja żona, w głowie poprzestawiały mi się klepki i skumałem, że to wcale nie działa zero-jedynkowo. Choć obecnie nie ma porodów rodzinnych, a mój udział w całym procesie skończył się na przywiezieniu żony do szpitala kilkanaście godzin przed wydaniem na świat naszego małego szkraba, to mentalne uczestnictwo w całym procesie przyprawia o zawrót głowy. Mnie, a co dopiero mówić o kobiecie, która rodzi.

Odchodząc od szczegółów porodowych, bo to raczej intymna sprawa, powiem tylko, że stresowy, wielogodzinny brak snu dał mi do myślenia. Leżąc w samotności w swojej sypialni, bez żony u boku zdałem sobie sprawę, że nic nie będzie już takie, jak dotychczas. Pytanie więc… Jakie będzie? Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ciężko jest jednoznacznie określić, jak to będzie. U każdego wygląda to inaczej. Bałem się, cholernie się bałem i nie wiedziałem, jak to wszystko się potoczy. Bałem się, czy nie zeświruję, czy Ola nie zwariuje. Kiedy jednak po 8 rano zadzwoniła do mnie moja luba i poinformowała o tym, że już „po wszystkim”, coś uderzyło mi do głowy. Trochę tak, jak bąbelki – zakręciło się w bani, w oczach pojawiła się łezka. Kiedy kilkanaście godzin później otrzymałem od żony zdjęcie maluszka (jakie czasy, takie odwiedziny w szpitalu), po prostu, najzwyczajniej w świecie się poryczłem. Jak bóbr.

Bycie ojcem, choć jestem nim zaledwie od miesiąca, to fajna, ale i odpowiedzialna i trudna sprawa. Faktycznie, nic nie jest już takie samo, jak było. Ja ze snem mam ciężko, ale w porównaniu z moją żoną, to ja jestem śpiąca królewna. Wiecie co? Kiedy wcześniej wychodziłem z domu, jechałem gdzieś sam, tęskniłem za żoną. Chciałem szybko wrócić. Teraz, kiedy wychodzę, tęsknię za nią i za naszym dzieckiem. Taki podwójny bodziec pokazuje, że to rodzina jest sensem życia i kiedy z dwóch stron coś Cię kłuje, wtedy ciężej jest przetrwać w oczekiwaniu. Mowa o wytrzymaniu np. 12h w pracy bez Oli i Krzysia. Bycie ojcem niesie za sobą wiele wyrzeczeń, o których pewnie przekonam się z czasem. Niesie też wiele przywilejów, zapewne. Najważniejsze jednak jest to, że bycie ojcem niesie pewnego rodzaju przesłanie. Wiecie, jak ono brzmi?

Rodzina jest najważniejsza.

To właśnie hasło pojawia się w wielu produkcjach filmowych i literackich. Przykład? Cała seria filmów F&F. Nie tylko w literackiej i artystycznej wizji jednak jest to najważniejsze. W życiu… również.

Na koniec bardzo ważna rzecz.

Dziękuję Ci, kochanie, za wszystko. Za cały Twój trud i poświęcenie. Za wyrzeczenia, za wstawanie w nocy, za cierpliwość, troskę, miłość i bezgraniczne zaufanie. To wszystko jest dla mnie… nie do opisania. Dziękuję i podkreślam, że jesteś dla mnie nie tylko żoną, ale i przyjaciółką i przede wszystkim wzorem. Wydałaś na świat nasze małe cudo. I to, w połączeniu z całym wspomnianym ciągiem… jest właśnie niesamowite. Kocham Cię. Twój K.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *