W pogoni za bezkresem

Człowiek ciągle za czymś biegnie, prawda? Za kasą, pracą, satysfakcją, marzeniami. No właśnie – marzenia. Co to takiego? Czy to coś, co da się jednoznacznie zdefiniować? Czy to tylko wyimaginowane „coś”, czego nie potrafimy jednoznacznie określić, a jednocześnie ślepo wmawiamy sobie, że to nasz życiowy cel? On tego nie wiedział i tak, jak wielu jego rówieśników szedł przed siebie mówiąc sobie, że to właśnie marzenia wyznaczają jego drogę.

Chłopak pochodził z małej miejscowości umiejscowionej na obrzeżach cywilizacji. Młody, ambitny gość, który od małego czuł, że stworzony jest do czegoś wielkiego. Zatapiał się w marzeniach od czasu, gdy przejadł mu się wiejski krajobraz, wśród którego nie mógł znaleźć perspektyw. Ten chłopak to Krzyś. Dziarski małolat, który swojego celu szukał do całkiem niedawna. Miejscowość, z której pochodził mieści się na pograniczu śpiewu ptaków i szumiących łanów zbóż. Niedaleko znajduje się także centrum niczego. Krzysiek to gość, który wypływając za głęboko w swojej głowie latał po bezkresach, niczym Piotruś Pan. W sumie, trochę tak się czuł. Od zawsze…

Urodził się w małym mieście, lecz podczas dorastania miasto widywał tylko na szkolnych wycieczkach do kina, teatru czy McDonalda, który przecież jest obowiązkowym punktem każdego wypadu, co nie? Nie uczył się źle. Miał czasem skłonności do idealizowania i malkontenctwa, to fakt. W szkole podstawowej i gimnazjum łatwo nie miał – rówieśnicy nie byli mu przychylni, często się śmiali, popychali, upokarzali, odsuwali od grupy. Ot taki psikus. Próbowali uświadomić mu, że skoro pochodzi z niezbyt zamożnej rodziny, to jest gorszy. Czasem było blisko do tego, by w to uwierzył, jednak zawsze znajdował w sobie siłę na to, by ostatecznie z zadartą do góry głową iść naprzód. Krzysiek bardziej kumplował się z dziewczynami – nie był jakimś fifa-rafa, po prostu łatwiej mu było znaleźć z nimi wspólny język. Od czasów gimnazjum trzymał się z kilkoma przyjaciółkami, które dodawały mu otuchy w problematycznych chwilach. Lata mijały, a Krzyś nabierał pewności siebie. Skończył liceum, odciął się od wszystkiego i wszystkich i zaczął (jak myślał) nowe życie. Czy aby na pewno? Młody chłopak, którego wybujałe fantazje i duże ambicje niosły po bezdrożach świadomości, po ukończeniu szkoły stanął przed wyborem – co robić? Jak żyć? Swoją drogą, to pytanie chyba nie tylko on sobie zadawał – wiele razy słyszał je w telewizji, więc pomyślał, że nie jest na tyle unikalny, by dokonać czegoś wielkiego. Zaczął więc przyzwyczajać się do myśli, w której nie będzie zbawiał świata, a bezwładnie w nim egzystował czekając na to, co przyniesie następny dzień. Krzyś przejechał się na swoich ambicjach. Z tego powodu był nierzadko traktowany jak wariat, który ma coś z głową. Może faktycznie miał? Tego nie wiem.

Po wspomnianym skończeniu szkoły średniej nasz bohater podjął się pracy w korporacji. Nie byle jakiej. Wielki świat, codzienne chodzenie pod krawatem, służbowa komórka, komputer, auto – czuł się z tym dobrze i zdarzyło mu się nawet pomyśleć, że jest lepszy od tych wszystkich, którzy jeszcze kilka lat temu tak mu urągali. Był kimś – gościem, który wyznaczał sobie cele i chciał je sprawnie realizować. Podczas pracy we wspomnianej strukturze spotkał wspaniałych ludzi – nie było ich wielu, ale w jego głowie na lata zostały myśli kilku z nich. Byli to ludzie, którzy mimo swoich stanowisk czy zawodowej pozycji po prostu byli dobrzy. Sercem. Pomogli zawsze, gdy zachodziła taka potrzeba. Dzień za dniem mijał, a Krzyś rósł w wewnętrzną siłę. To budujące. W końcu Krzyś postanowił przeprowadzić się do dużego miasta – było go na to stać i chciał wreszcie zaznać wolności, w którą tak bardzo wierzył.

Po kilku latach Krzyś zmienił pracę – zmusiła go do tego jego duma. Nie dogadywał się z szefem tak, jak chciałyby obie strony. Postanowił więc dać sobie spokój z chodzeniem pod krawatem i zaczął pracować w innej korporacji, w której ponownie spotkał wspaniałych ludzi. Spotkał też tych mniej cudownych, ale nimi się zbytnio nie przejmował. Dobre wyniki i przyjazna atmosfera pozwoliły Krzyśkowi zadomowić się w nowym środowisku. Czy na długo?

Zanim przejdziemy do dalszego wątku zawodowej kariery naszego bohatera warto wspomnieć o czymś, w czym Krzyś nie odnosił tak ogromnych sukcesów. Życie miłosne bohatera tego opowiadania nie było usłane różami. Spotykał się z kobietami, był nawet w długich związkach, ale z czasem okazywało się, że to nie jest to, na co liczył – po krótszym lub dłuższym czasie wszystko się psuło, raz z winy jednej, raz z drugiej strony. Może tak miało być? Krzyś tego nie wiedział. Czuł jednak, że nadchodzi coś wielkiego.

Krzyś był multizadaniowcem – potrafił pracować na kilka etatów, w pracy znajdował ukojenie i odejście od filozoficznego myślenia. Kiedy myślał, że obecne zadania są dla niego szczytem, przyszło coś nowego, coś, co dało mu kolejne zajęcie, a jednocześnie pozwoliło spełniać się w roli pomagania drugiemu człowiekowi. Przyjął tę rolę za dobry znak. W czasie, gdy Krzyś tak zasuwał, w jego związku pojawiło się sporo nieporozumień, niedomówień i złości. Wszystko, co chciał przekazać było odbierane na opak. Oczywiście Krzyś też sporo zawinił, bo wina leży zawsze po dwóch stronach. W tej dodatkowej pracy poznał jednak osobę, dzięki której uświadomił sobie wiele rzeczy, głównie to, że to on decyduje o swoim życiu. Nie usłyszał tego wprost – zrozumiał to po wielu tygodniach rozmów, po analizie historii swojej i tej osoby, która pojawiła się znikąd.

Pewnego dnia nasz bohater stwierdził, że zrobi coś, czego nigdy wcześniej nie dokonał – odetnie się całkowicie, przeniesie się na drugi koniec Polski, zacznie wszystko od nowa. Wiele razy usłyszał, że „tak nie można”, że „to jego wina” i najlepiej to wszystko odwołać. Nie dał się – pomimo oporu z każdej strony przeniósł się tam, gdzie niosło go serce. Dziś wie, że zrobił dobrze, choć na początku trochę bał się konsekwencji. Nie wiedział, czy się odnajdzie, nie wiedział, czy da radę. Coś jednak ciągnęło go dalej, popychało do przodu i kazało nie oglądać się za siebie.

Dziś Krzyś jest bardzo szczęśliwy. Nie zagrzał na drugim końcu Polski miejsca na stałe, przeniósł się w inne miejsce. Jest szczęśliwym gościem, który realizuje swoje marzenia i ma przy sobie wspaniałych ludzi. Jest gościem, który pomimo wielu problemów zawsze podnosił głowę do góry. Co ciekawe, Krzyś zapomniał już o tym, co było kiedyś – historia, którą czytaliście przed chwilą została opowiedziana bardzo zdawkowo. Dla niego to dobrze – on pisze tę historię na nowo. Dziś, kiedy Krzyś opowiada mi tę historię szeroko się uśmiecha – osoba, którą poznał wtedy, podczas filozoficznych rozważań jest jego żoną – najwspanialszą kobietą na ziemi. To ona dała mu siłę i dzięki tej sile śmiało kroczy naprzód. Ten rozmarzony chłopak, który biegł w bezkresną otchłań wreszcie dobiegł do celu. Wie, że miejsce, w którym obecnie przebywa jest jego domem – czuje to w sercu.

Jaki morał nasuwa się po tej opowieści? Moim zdaniem jest bardzo prosty – kiedy możesz coś zmienić – zrób to. Jeśli się boisz – tym bardziej zaryzykuj. Jeśli się przejdziesz – to będzie Twoje doświadczenie. Jeśli się uda – poziom zadowolenia nie będzie miał skali. Każda sytuacja uwarunkowana jest myśleniem. To właśnie ono popycha Cię do dokonywania wielkich rzeczy. Choć dla niektórych rzeczy te nie będą spektakularne, dla Ciebie mogą być motorem napędowym do wszystkiego.

Tak, to ja jestem tym małym, rozmarzonym Krzysiem i historia, którą znajdziesz powyżej jest właśnie o mnie. Dlaczego Krzyś? Tak mówiła na mnie kiedyś moja mama i tak będzie miał na imię mój syn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *